• Dzikim Okiem

Sydney. Lądowanie i nerwy, nerwy, nerwy!

Ochhhh, nie byłabym sobą, gdybym sobie nie ponarzekała :D


Po 30 h lotu, co jak co przyjemnego, ale jednak męczącego, byliśmy już na skraju wyczerpania. I właśnie w takich momentach włączają się nerwy, bo wszystko cię drażni, naprawdę zaczynasz się bać, kiedy widzisz już australijski ląd w samolotowym oknie, podchodzisz do lądowania, a na wszystkich monitorach w siedzeniach pasażerów zaczyna się wyświetlać komunikat o deklaracji rzeczy, które wwozisz do Australii oraz których absolutnie nie możesz wwozić, albo które chcesz wwieść, ale nie zamierzasz deklarować. Leci to w kółko, przez jakieś 20 minut. Dość sugestywna animacja z mocnym przekazem:

”Tylko nie mów, że przepraszasz, że nie wiedziałeś i tak poniesiesz karę” - serio!

W tym samym czasie panie stewardessy rozdają żółte karteczki Incoming Passenger Card - IPC, na których deklarujesz co masz, czego nie masz, na ile przyleciałeś, gdzie się zatrzymujesz etc.


IPC1

IPC2

Przy wylocie wypełniasz Outgoing Passanger Card, w której deklarujesz czy wywozisz z kraju więcej niż 10k$. Ale o tym kiedy indziej. Przy powrocie pewnie tak jakoś :)



OPC1

OPC2

Ale wracając do tematu. Generalnie Australia bardzo chce chronić wszystko co ma w Australii. Więc najlepiej nie przewóź niczego. 😊 Absolutnie żadnego jedzenia (nasz współlokator zapomniał o kanapce w plecaku – jak leciał do Nowej Zelandii na wakacje – przeszukanko i 500$ kary). Uwaga – nie możesz też wziąć jedzenia z pokładu samolotu, na przykład jak ci bułeczka ze śniadania została. Po za tym nasion, błota na butach, przypraw, na słodycze podobno przymykają oko, ale jak fabrycznie pakowane. Oczywiście, są tacy, którzy przewożą – wszystko zależy od szczęścia. Polecam zapoznać się ze szczegółową listą u wujka Google.

Ja jednak miałam straszną nerwówkę ponieważ wiozłam leki i antybiotyki, na które miałam tylko skserowaną receptę po polsku. Żadnego tłumaczenia czy zaświadczenia. Małż mówi zdeklaruj, ja że nie, bo będą nas przeszukiwać. Od słowa do słowa, nerwy i zmęczenie spowodowały dość nieprzyjemną kłótnie między nami, gdzie ja z tego wszystkiego zaczęłam ryczeć i nie mogłam się zupełnie opanować. Taka mini histeria, chyba spowodowana tym całym trzymiesięcznym napięciem. Żesz akurat teraz musiał mi się gwint zerwać.


I don't know if I am happy or not!

I siedzę w tym samolocie, łzy jak grochy, patrzę na tą Australię na dole. Facet siedzący za mną musiał pomyśleć, że może się wzruszyłam tak bardzo, że może wracam po latach do domu i głupia płaczę. Ale jakoś się opanowałam, bo na serio nie chciałam się nikomu rzucać w oczy. A z zapłakanym ryjem to słabo trochę. Wysiedliśmy i zaczęliśmy zbliżać się do odprawy paszportowo – celnej. Kurka, jak to wygląda. Wtedy poczułam się jak imigrant po raz pierwszy. Kolejki do stanowisk odpraw są dwie – pierwsza zautomatyzowana, szybka, prowadząca na górę do ładnej, klimatyzowanej hali dla obywateli AU, US, Szwajcarii i pewnie kilku „lepsiejszych” krajów. Niby celniczka nam mówiła, że jeśli mamy biometryczne paszporty to możemy się w tej kolejce odprawić w automatach, ale niestety nasze paszporty jakimś cudem nie działały, co pani skwitowała tylko wzruszeniem ramion i zaproszeniem nas do drugiej kolejki. No właśnie. Druga kolejka była jak z filmów, prowadziła w dół do hali w podziemiu, niesamowicie dusznej, bez okien, ludzie z tobołami, płaczącymi dziećmi w dziwnych strojach z całego świata! Od Meksyku po jakiś tybetańskich mnichów. Szok! Ludzie stali, siedzieli, gdzieś po katach wypełniali te deklaracje, nie znając języka, zmęczeni jak my, albo i bardziej. Wokół chodzi służba ochrony lotniska pokrzykując co jakiś czas: „Move! Do not block the line! Keep going!" – takim, wiecie - tonem nie znoszącym sprzeciwu. Bałam się nawet na nich spojrzeć. Po jakieś godzinie oczekiwania podchodzisz do stanowiska, gdzie podajesz paszporty i te karteczki. Pan srogim wzrokiem sprawdza podobieństwo zdjęcia do Twojej facjaty, coś tam klika w komputerku, a na karteczce pisze literkę N. Nie przypominam sobie, żeby nas o cokolwiek pytał. Po czym wręczając nam dokumenty, w końcu zmienia wyraz twarzy na bardziej przyjemny i z powściągliwym uśmiechem mówi „Welcome to Australia”. Och, ucieszeni, niemal w podskokach, przeszliśmy przez jakąś kartonową ściankę oddzielającą nas od ziemi obiecanej, by zaraz wpaść w drugą ogromną kolejkę….odbiór bagaży – około 40 minut oczekiwania i kolejne sprawdzanie. I tu wrócę do żółtej karteczki. Gdybym zadeklarowała, że wwożę leki, które miałam przy sobie pan przy pierwszym stanowisku na karteczce napisał by Y – jak „YES” – co byłoby znakiem dla pana przy drugim stanowisku, który zaprosiłby mnie wtedy na dokładną kontrolę bagażu i tłumaczenia, gdzie przypominam - ”Tylko nie mów, że przepraszasz, że nie wiedziałeś i tak poniesiesz karę”.

Widziałam kilka osób ze łzami w oczach nad rozbebeszonym bagażem, błagających celników, żeby ich przepuścili. Generalnie słuchajcie - ja niczego nie sugeruję (tradycyjnie już :)). Najlepiej się po prostu dobrze przygotować i jak potrzebujesz jakiś leków to załatw sobie człowieku to zaświadczenie i będziesz miał święty spokój, a nie na ostatnią chwilę wszystko, a potem sraczka w gaciach i kombinowanie. Ale było, minęło, udało się. Jeszcze tylko musieliśmy się znaleźć jakoś z naszym kierowcą (na lotnisku są bezpłatne aparaty telefoniczne, proponuję z nich skorzystać, a nie jak ja zadzwonić z polskiego numeru i zapłacić 90 zł za trzy minuty rozmowy – ale już byłam taka padnięta, że miałam to gdzieś), który miał nas zawieść do nowego mieszkania i już.


Jesteśmy w Australii.

Fajnie, nie?!

31 wyświetlenia