• Dzikim Okiem

Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz.

No ale co ja mam Wam napisać?! Że rzuciliśmy torby, wskoczyliśmy w kąpielówki i bikini i ruszyliśmy na plażę surfować wraz z wyluzowanymi mate'ami po wielkich falach wraz z delfinami?


Tak się wygląda na jetlagu.


No niestety, tak to nie wygląda. Po tym jak znalazł nas kierowca, odwiózł do nowego domu, otrząśnięcia się z tego jak wygląda ten studencki przybytek, poznaniu współlokatorów, kilku kłótniach spowodowanych zmęczeniem, wycieczką po cokolwiek do jedzenia (15 min z buta z wielkimi torbami i plecakami, bo przecież nie masz nic), walce z jetlagiem - padliśmy w końcu na ryje.


Na drugi dzień Sydney przywitało nas deszczem, jakiego się tutaj nie spodziewałam. Październik, środek wiosny, a tu leje tak, jakbyśmy wylądowali w środku tropikalnego sezonu w Amazonii.
I jeszcze ten grad...



A zamiast kolorowych papużek pierwszy ptak, jakiego zobaczyłam wyglądał tak:



To Ibis Czarnopióry, taki ichniejszy gołąb.

No ale wróćmy do pierwszych wrażeń.


Dzielnica Ashfiled. Tu będziemy mieszkać.

Kiedyś bardzo polska dzielnica, z nadal działającym najstarszym klubem polskim oraz sklepem z polskimi artykułami. Obecnie dzielnica bardzo azjatycka. Uderzyła mnie na początku ilość Azjatów na ulicy, azjatyckich restauracji, sklepów, biznesów, reklam w każdym azjatyckim języku. Z czasem okazało się, że całe Sydney jest takie. Obywatele krajów tj.: Kanada, US, Brunei, Hong Kong, Japonia, Malezja, Singapur i Południowa Korea mają, z racji zawartych umów handlowych z AU, trochę łagodniejsze i łatwiejsze do spełnienia warunki wizowe, z czego ochoczo korzystają.


Do centrum godzina drogi pociągiem lub autobusem (jeśli przyjedzie). Okolica bardzo zielona i spokojna. Do stacji kolejowej i najbliższego sklepu około 15 minut piechotą.



Mapa poglądowa :)



Nasze nowe lokum znajduje się w niewielkim bloku z czerwonej cegły. Do głównego wejścia prowadzi uliczka, a przed drzwiami jest małe oczko wodne, mostek i kilka dużych drzew. W oczku pływały złote rybki, ale ktoś po kilku tygodniach je wytruł. Efekt w upały był taki, że z oczka strasznie śmierdziało.


Mieszkanie.

Pierwsze wrażenie - okropne. Stare studenckie, trzypokojowe mieszkanie, brudna kuchnia, lepiąca się podłoga, czarna łazienka, stare, rozpadające się meble. Na wejściu jest salon z kanapą i TV, ławą i fotelami. W kącie stoi sztuczna palma, szara od kurzu. Za kanapą stoi stół na cztery osoby, a zaraz za nim jest wyjście na duży balkon, na którym stoją dwie leciwe kanapy, a w kącie chyba nigdy nie używany grill. Po lewej dosyć duża kuchnia, ale tak maksymalnie na dwie osoby w trakcie gotowania oraz malutkie pomieszczenie zwane laundry roomem z pralką, zlewem i drugą lodówką. Po prawej przechodzi się do pokoi. Najpierw nasz - łóżko, nocna szafka, lampka, komoda i szafa. Na przeciw mamy łazienkę - sedes, a nad nim instrukcja jak nie obsikiwać deski w międzynarodowym, rysunkowym języku. Prysznic, wanna, umywalka. Sąsiadujemy przez ścianę z dwuosobowym pokojem z osobną łazienką(zrobioną z szafy!), a na przeciw tego pokoju jest jeszcze jeden niewielki pokój z szafą, biurkiem i łóżkiem dwuosobowym lub jednoosobowym (to się zmieniało w zależności od zapotrzebowania). Mieszkanie jest w sumie na sześć osób, praktycznie ledwo mieszczą się cztery osoby z Europy, ale spokojnie dziesięć z Azji (he he).

Siadłam na łóżku w malutkim pokoiku, który teraz miał się stać naszym australijskim domem i próbowałam nie uderzyć w histeryczny płacz. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem wygodnicką księżniczką i w różnych warunkach się mieszkało, ale są pewne granice. Szczególnie za takie pieniądze.

Jak to mówią - początki są trudne.

I tak oto kilkanaście lat po studiach znowu jestem na kwaterze studenckiej.

Pierwszego lokatora poznaliśmy zanim jeszcze weszliśmy do mieszkania. Właśnie wychodził do pracy, Jan z Czech, 25-letni gostek serdecznie nas przywitał jeszcze przy samochodzie. Z czasem okazał się bardzo fajnym i śmiesznym Czechem (jak to z pepitkami bywa), z którym bardzo fajnie się mieszkało. Jan mieszkał póki co sam w dwuosobowym pokoju. W ostatnim pokoju mieszka Elena z Rosji, 30 - latka z Syberii dokładnie, więc nieźle ją wywiało. Elena była dość wycofana i średnio mieliśmy z nią kontakt, natomiast jej przesiadywanie w łazience, (którą z nią współdzieliliśmy) po kilka godzin doprowadzało nas do szaleństwa. Na szczęście chyba po 6 tygodniach się wyprowadziła i zrobiło się luźniej. W międzyczasie do Jana wprowadził się Domas z Litwy. Młodziutki, sympatyczny chłopak, tuż po szkole średniej, gotowy na swoją australijską, trzyletnią przygodę. Fajnie się z chłopakami mieszkało. Tym bardziej, że wspólnie podjęliśmy decyzję, aby poświęcić jeden weekend i wszystko elegancko wysprzątać. I jakoś to mieszkanie wyglądało. W końcu się przyzwyczailiśmy. Ale nie do pająków. I karaluchów. Ale tych dużych, jak np. na Wyspach Kanaryjskich występują. Kto był, te wie. No cóż, tak to jest jak się buduje miasto w naturalnym środowisku takich osobników. Sydney wybrało najgorzej. W kolejnych miesiącach przez to mieszkanie przewinęło się jeszcze kilka innych osób, ale mieliśmy też okres, że mieszkaliśmy sami. (I tak po pół roku ruszyliśmy na swoje mieszkanko po drugiej stronie Paramatta River i mimo iż czasem smutno, że już nie poznaje się nowych ludzi z całego świata, to kocham nasze obecne lokum).


W kwestii urzędowej - na drugi dzień po wylądowaniu udaliśmy się do naszej agencji celem załatwienia miliona spraw, czyli karty telefonicznej, konta w banku, zarejestrowania numeru podatkowego, zarejestrowania się u ubezpieczyciela i wszelkich innych niezbędnych rzeczy do życia tutaj. Nasza agencja poprowadziła nas sprawnie i pomogła w czym mogła, o resztę trzeba zadbać samemu. Ale w Australii o dziwo urzędowe sprawy na prawdę załatwia się od ręki.


W ramach ochłonięcia po tych wszystkich wrażeniach, skoro byliśmy już w centrum, ruszyliśmy w ten rzewny deszcz zwiedzać, zamiast jak normalni ludzie, wrócić do domu i poczekać na nadchodzącą, piękną pogodę. Nie! Nie ma co czekać, trzeba już teraz zapieprzać. Jak jacyś nienormalni, przyjechali prawie na dwa lata, już drugiego dnia świrują.




Fakt, że wszyscy kogo do tej pory spotkaliśmy jak mantrę nam powtarzali: "Jedźcie już teraz zwiedzać, bo jak zaczniecie pracować to na nic nie będziecie mieli czasu"...


Hmmm....

75 wyświetlenia