• Dzikim Okiem

Dzień trzeci i czwarty – Indianin, Discovery Park i Nowy Rok.

(UWAGA: post zawiera dużo zdjęć i nieobrobionych filmów. Nie obrabiam filmów, bo odbiera im to autentyczność, a tak to możecie zobaczyć nasze szczęśliwe mordki, takie jakie są, nawet jeśli bardzo brzydkie 😊)


Obudziliśmy się może po czterech godzinach snu. Upał od rana nie pozwolił na dłuższy odpoczynek.

Ale perspektywa rezerwacji, której dokonałam w nocy, dodawała każdemu trochę sił. Jak to się stało i co zarezerwowałam? Jak wspomniałam, kiedy chłopcy ścigali się z ciężarówkami i kangurami - ja szukałam noclegu.

I znalazłam! Domek na polu namiotowym. Nawet nie patrzyłam dokładnie co tam jest, byle był dach nad głową i łóżko. Za 100 zł od osoby! Nie ma co wybrzydzać przy takiej cenie! Szybko zrobiłam rezerwację (o trzeciej w nocy), modląc się, aby jak najszybciej przyszło mi potwierdzenie z samego rana.

Tymczasem spakowaliśmy się i przenieśliśmy pod wiatę na śniadanie, bo z nieba zaczął padać niewielki, letni deszczyk, ale jednak mokre kanapki na śniadanie to nic fajnego. W trakcie posiłku obok nas podjechał stary truck, wysiadł z niego starszy, słusznej wagi pan z długimi włosami i zaczął budować dziwne schronienie przy użyciu swojego UTE (truck), wodoodpornej płachty i kilku aluminiowych drążków. No cóż, pomyślałam – może też chłop długo w nocy jechał i potrzebuje odpoczynku. Zajęci swoimi sprawami od czasu do czasu spoglądałam, jak idzie praca owego kolegi i zauważyłam, że on również coraz częściej zerka w nasza stronę i się nam przysłuchuje. W końcu podszedł i zapytał wprost: Czy jesteśmy z Niemiec?! (litości 😊).

I tak zaczęliśmy sobie gawędzić. Pan siadając z nami przy stole powypytywał nas skąd jesteśmy, jak się nazywamy i co tu robimy. I tak się zapoznaliśmy. Niestety, nie zapamiętałam jego imienia, ale brzmiało coś jak Tomahawk, jak słowo daję, nie zmyślam!

Polska tradycja nakazuje gościnność, więc mimo porannej godziny poczęstowaliśmy naszego nowego kolegę polskim bimbrem (tylko na spróbowanie oczywiście) i pan zaczął opowiadać. Był on Indianinem, ale nie z Australii, tylko z Ameryki – dokładnie z Newady. Tomahawk przyjechał do Australii 20 lat temu, ożenił się z piękną, jak twierdził, Szwedką i spłodził z nią 11 – cioro dzieci!

„Taka w naszej kulturze tradycja” – powiedział – „Sam pochodzę z wielodzietnej rodziny. Było nas 20 – cioro”.

Ile prawdy było w opowiadaniach Indianina trudno powiedzieć, ale słuchało się tego gaduły sympatycznie. Zawsze miło poznać kogoś tak ekscentrycznego. Opowiedział nam, że jest trochę samotny, dzieci dorosły i rozjechały się po świecie. Żona kilka lat temu zmarła na raka. Wraca właśnie ze swojej farmy, która uległa spaleniu. Już trzeci raz. Nie przejął się tym zbytnio. Powiedział, że tak właśnie się żyje w tym kraju. Teraz jedzie wysoko na północ w okolice Darwin, żeby zarobić na odbudowę swojej posiadłości. Będzie pomagał innym farmerom, a także poszukiwał opali w górach, bo czasem można trafić na ładny kamień i sporo na takim okazie zarobić. Zapytałam na koniec czy nie tęskni za Nevadą. Przyznał że tak, ale los rzucił go na ta stronę świata (był żołnierzem) i tak już tu został. Na koniec poradził chłopcom, by czym prędzej znaleźli sobie australijskie partnerki i spłodzili sobie dzieci w celu uzyskania obywatelstwa. Z tego co wiem, prawo nadawania obywatelstwa z racji narodzin dziecka, w Australii nie obowiązuje, ale może mu się już wszystko z prawem amerykańskim pomieszało. Tomahowkowi było bardzo przykro, że musimy dalej jechać. Bardzo chciał, żebyśmy zostali dłużej i jeszcze porozmawiali, ale rozumiał też naszą potrzebę podróży. Życzyliśmy sobie powodzenia i najlepszego na nowy rok i znów wsiedliśmy do samochodu.

Tego dnia, na szczęście nie czekała nas zbyt długa podróż. Ośrodek, który znalazłam znajdował się raptem 50 km dalej w miejscowości Tannum Sands. Powiem jedno – to był strzał w 10-tkę!

Jakie bajeczne miejsce to brak słów. Discovery Holiday Parks to sieć ośrodków wypoczynkowych, które mają swoje lokalizacje w najbardziej atrakcyjnych rejonach całej Australii. To świetnie przystosowane miejsca dla turystów podróżujących zarówno swoimi przyczepami i campervanami, ale także umożliwiające wypożyczenie domków czy rozbicie namiotów. Czyściutko, zielono i milutko. Pośród palm i blisko oceanu. Na miejscu jest dostęp do wszystkiego – ogromny grill i wiata na kilka stołów, pralnia i suszarnia, wspólna kuchnia i łazienka (jeśli jesteś pod namiotem na przykład), basen, niewielki sklepik, WiFi , atrakcje sportowe i przemiła obsługa. Jak będziecie mieli okazję, to brać w ciemno – ja polecam. Życzyłabym sobie bywać tylko w takich ośrodkach.

Link do ośrodka tutaj: https://www.discoveryholidayparks.com.au/caravan-parks/queensland/gladstone-tannum-sands


Jak tylko otworzyliśmy drzwi do naszego małego, białego domku z błogosławioną klimatyzacją i duża lodówką – od razu stwierdziliśmy, że dokupujemy drugą noc! Był idealny. W głowie od razu zaczęłam nucić „W moim magicznym domku wszystko się zdarzyć może!” Hanny Banaszak. No zobaczcie, jacy byliśmy zadowoleni. 😊

Zaczęliśmy relaksująco część relaksującą. Po kąpieli, drzemce i jedzonku, dziewczyny zostały w domu, żeby doprowadzić się do jakiegoś normalnego stanu oraz złapać trochę snu po nocnej podróży, natomiast chłopcy poszli nad plażę, licząc na to, że może uda się wskoczyć jeszcze wieczorkiem do ciepłej wody. A tu zonk! Odpływ!!! Wjechaliśmy w strefę jednych z największych w rejonie pływów morskich i woda po prostu sobie uciekła w głąb oceanu, odsłaniając połacie morskiego dna. Do tego nadszedł piękny zachód słońca i pojawił się bimberek. Widać, że chłopaki się fajnie bawili.

Wieczorem siedliśmy na ganku naszego domku i czekaliśmy na północ, obserwując Mirki. Kim lub czym do cholery są Mirki?! Mirki to małe, półprzezroczyste, szczekające (tak, szczekające – wydawały z siebie całkiem głośne szczeknięcio – piski, nie umiem tego inaczej nazwać) gekony, które mieszkały pod framugą naszych drzwi, skąd miały doskonałe miejsce do polowania na większe od nich samych ćmy. Jak się okazało Mirki to jedne z najmniejszych występujących w tej części Australii gekonów, zwane gekonami płaczącymi (aha, stąd te szczeknięcia). Nocne, absolutnie super pożyteczne, sympatyczne zwierzątka.

I w takiej właśnie egzotycznej atmosferze, pijąc, jedząc i gawędząc czekaliśmy na północ, by przywitać Nowy 2020 Rok. Ten Sylwester był zupełnie inny niż wszystkie dotąd. Koło 23.00 na ośrodku zapadła cisza. Nie spał tylko jeden domek obok nas, pełen młodych Ozzików. No i oczywiście my.

Ale nie było głośnej muzyki, jakiś krzyków i szalonej zabawy czy petard, jak na domówkach za dawnych czasów. Już się nabyliśmy na takich imprezach, a jeśli można było chociaż raz spędzić Sylwestra w ciszy i spokoju, to czemu nie?! No dobra, prawda jest taka, że wszyscy byli mocno zmęczeni po całonocnej, bezsennej jeździe. Gdyby nie to, to pewnie byśmy zrobili imprezę na cały ośrodek. Ale mówi się, że jaki Sylwester, taki cały następny rok. Mi to pasuje, trochę spokoju się przyda.


Słyszałam też, że przysłowie to dotyczy również pierwszego dnia Nowego Roku. No to w to mi graj, bo cały następny dzień spędziliśmy na pięknej, pustej plaży, nie robiąc nic oprócz picia

wina, opalania się i zażywania wspaniałych kąpieli w cieplutkiej wodzie oceanu. Akurat nie było dużej fali, więc można było pływać i pluskać się bez końca. Słońce grzało niemiłosiernie, ale my skryliśmy się pod drzewkami i parasolami i oddaliśmy się absolutnemu lenistwu! Oczywiście trochę się też powygłupialiśmy, czego efektem są te zdjęcia:


Wieczorem, zmęczeni wodą i słońcem, zrobiliśmy grilla pod wiatą. Dobra rada: kurczak i ziemniaki na australijskich grillach gazowych robią się bardzo długo. Bardzo długo. Ale na przekąskę wjechała grillowana rybka z pyszną sałatką, którą zrobiła Magda i jakoś do tych nieszczęsnych kurczaków dotrwaliśmy. Najedzeni, wskoczyliśmy do łóżek, by wszystko odespać.

Rano Małż zrobił ekstra jajecznicę. Bo musicie wiedzieć, że mój Małż (chwalę się) robi najlepszą jajecznicę na świecie. I steki. Steki też. Umyci, najedzeni, poprani i spakowani zapakowaliśmy się ponownie do naszej Białej Japońskiej Strzały. Podjechaliśmy jeszcze do recepcji, żeby się wymeldować i serdecznie podziękować za cudowny pobyt. Życząc sobie z właścicielami najlepszego w nowym roku i żegnając się z nimi, na drogę jeszcze dostaliśmy paczkę żelków – no genialne zakończenie miłego pobytu!

Dopiero opuszczając bramy ośrodka uświadomiłam sobie że mamy już 2020 rok, a tymczasem przed nami zaczynały się tropiki!

To będzie dobry rok.

(edit po pół roku: gdybym tylko wiedziała, jak ten 2020 ma wyglądać...)


124 wyświetlenia3 komentarz