• Dzikim Okiem

Dzień szósty - Airlie Beach - Pogoda dla Bogaczy.

Tego dnia mieliśmy do przejechania 250 km. Zbliżaliśmy się do miejsca rozpoczęcia naszej morskiej przygody. Wstaliśmy wcześniej, aby spokojnie zjeść śniadanie i wskoczyć jeszcze przed wyjazdem do oceanu. Zadowoleni, z ręcznikami na ramionach, ruszyliśmy do recepcji, żeby się wymeldować i zapytać, gdzie najlepiej popływać. Pytanie to wywołało konsternację na twarzy właścicielki obiektu oraz pozostałych gości.

Pani: - „Teraz chcecie pływać?”

Ja: - „YYY, no tak, jakiś problem?!”

P: - „Nie, żadnego (no worries 😊), ale jest odpływ i właściwie jakbyście przeszli 5 km po dnie oceanu i przez bagno, które tam obecnie jest, to może by się Wam udało wykąpać!”

J: - „Nie wierzę! To o której tu właściwie jest ocean?!”

P: - „O szóstej rano i o szóstej wieczorem…”


☹ Musiał nam wystarczyć prysznic. Ale dobrze się stało, bo mogliśmy wcześniej wyruszyć, a tym samym szybciej dojechać na miejsce. Ponieważ w zapasie było dużo czasu, spokojnie sobie jechaliśmy podziwiając hektary pól, gdzie rosły ananasy, banany i winogrona. Jak mieliśmy ochotę to zatrzymywaliśmy się na kawkę i coś słodkiego. Albo na kokosa. Widać, kto był najbardziej spragniony!


Podróż mijała bardzo przyjemnie, pogoda była świetna. Przemierzaliśmy przez niesamowicie zielone tereny wybrzeża Queensland, przejeżdżając przez coraz to bardziej kolorowe i turystyczne miasteczka. Zbliżaliśmy się do jednego z najważniejszych miejsc w tym kraju. Do serca Wielkiej Rafy Koralowej.

Airlie Beach i rejs łodzią regatową Matador, o którym będę pisać w następnym wpisie, poleciła mi koleżanka, bo sama była na nim kilka miesięcy wcześniej. I dobrze, bo byśmy przegapili cudowną przygodę! Airlie Beach to nadmorska miejscowość położona nad Morzem Koralowym, około 1000 km na północ od Brisbane. I doskonały punkt wypadowy w rejon Whitsunday Islands oraz Wielkiej Rafy Koralowej.

Wielka Rafa Koralowa – niekwestionowany cud natury. Największa na świecie rafa i największa na Ziemi pojedyncza struktura wytworzona przez organizmy żywe, widoczna z kosmosu jako biała smuga na tle błękitnego oceanu. Ma ponad 2300 km długości i prawie 350 000 km2 powierzchni i wpisana jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO od 1981 roku.

Wiecie, że rafy zajmują ok. 0,1% dna morskiego, ale w różnym stopniu zależy od nich ok. 25% wszystkich morskich gatunków. Za Wikipedią: w wodach rafy żyje ok. 600 gatunków koralowców, 1625 gatunków ryb, 3000 gatunków mięczaków, 630 gatunków szkarłupni, 6 gatunków żółwi morskich, 30 gatunków wielorybów i delfinów, 133 gatunków rekinów i mant, 14 gatunków węży morskich oraz jedna z największych populacji diugoni (czyli jedyny już żyjący potomek krowy morskiej, nie wiedzieć czemu nazywany syreną morską….Ja sobie zawsze inaczej wyobrażałam syrenę morską).

Ale co z tego, skoro rafa umiera. Do najważniejszych zagrożeń zalicza się przede wszystkim ocieplenie klimatu – powodujące blaknięcie koralowców, a także przełowienie, zanieczyszczenie i zakwaszenie oceanów. Szkody w środowisku raf koralowych powodują też inne zmiany i zjawiska w środowisku, takie jak huragany czy gwałtowne zwiększenie populacji rozgwiazd żerujących na koralowcach. Albo takich ryb jak lionfish. Po polsku skrzydlica albo pstra ognista! Te to też są gagatki!

Z tym gatunkiem żarłocznych niszczycieli związana jest ciekawa historia. Oryginalne miejsce występowania tych ryb to region Indo – Pacyfiku. I wszystko byłoby w porządku, gdyby sobie tam zostały, bo zimne wody na około i ograniczona ilość pożywienia, regulowały ich populacje. Jednak gatunek ten, ze względu na swój nietypowy wygląd, bardzo chętnie trzymamy jest w akwariach. W różnych częściach świata. I kiedy w 1992 roku huragan Andrew uderzył we Florydę, na tamtejsze ciepłe wody z prywatnych akwariów wydostało się kilka sztuk. A że skrzydlice lubią ciepełko powyżej 18°C to trochę sobie tam na miejscu posiedziały rozmnażając się wzdłuż wschodniego wybrzeża, aż kolejne huragany oraz prądy morskie, szczególnie te ciepłe, pozwoliły na szybką ekspansję tego gatunku. Dlaczego są tak niebezpieczne i niszczycielskie?! Otóż skrzydlice mają niepohamowany apetyt. Są żarłocznymi, nocnymi drapieżnikami. Pstra zje prawie każde stworzenie morskie, które zmieści się w jej pysku, do 2/3 długości własnego ciała. Zjedzą wszelkie ryby, ośmiornice, koniki morskie, homary, kraby i krewetki. Będą jeść tyle, ile są w stanie fizycznie strawić i tak często, jak to jest tylko możliwe. Ich żołądki mogą powiększyć się do 30 razy w stosunku do normalnej objętości. Pojedyncza pstra ognista może zredukować stworzenia morskie o 80-90% w swoim zasięgu w ciągu zaledwie 5 tygodni! Jedzą w takim tempie, że niektóre gatunki nie nadążają się rozmnażać, podczas gdy samice skrzydlic składają do 2 milionów jaj rocznie. W dodatku nie mają zbyt wielu naturalnych wrogów. Oprócz siebie samych (tak, są kanibalami), czasem skuszą się na nie rekiny, mureny i węgorze. A! I człowiek. Akurat tutaj popieram działania człowieka. Nurkowie, którzy są zafascynowani ochroną rafy koralowej, zapoczątkowali ruch zwalczania lionfishów pod nazwą „Eat them to beat them” – czyli zjedz je, aby je pokonać!

Skrzydlice, mimo że są jadowite, nie są trujące. Po usunięciu wszystkich siedmiu 10 cm kolców (ukłucie powoduje bolesną opuchliznę, ale nie jest śmiertelne), skrzydlice można przyrządzić na masełku na patelni i podobno jest pyszna! Mam nadzieję, że będzie mi dane kiedyś spróbować!


Dobra, dobra już wracam do tematu, bo ja o stworzonkach to mogę godzinami nawijać! Gdzie ja to byłam?! A - niszczenie rafy.


Sytuację pogarsza fakt, że naturalna regeneracja rafy jest powolna. Osłabione i wyniszczone rafy rzadziej i mniej skutecznie rozmnażają się płciowo, co utrudnia im zróżnicowanie genetyczne, które to potencjalnie mogłoby w przyszłości zaowocować lepszą odpornością potomstwa na zmieniające się warunki środowiskowe.

Erozja gleby na lądzie i dewastacja lasów namorzynowych na wybrzeżu powoduje coraz większe zamulenie wód przybrzeżnych, a następnie obumieranie polipów. Wycieki ropy naftowej, zanieczyszczenie wody ściekami komunalnymi i przemysłowymi, pogłębianie dna na szlakach morskich, to najpoważniejsze zagrożenia dla raf koralowych. Katastrofalna w skutkach jest też jedna z metod połowu ryb: tak zwane głuszenie, czyli detonowanie materiałów wybuchowych pod wodą (wstyd Indonezja, wstyd).

Wszystko to sprawia, że 50% raf koralowych na świecie zostało już bezpowrotnie zniszczonych. Szacuje się, że za 50 lat pozostanie ich jedynie 10%, jeśli nie zostaną podjęte szeroko zakrojone działania zapobiegawcze. My wybraliśmy się w te okolice (patrz zdj), by zobaczyć jedną z jeszcze zdrowszych części rafy. Ale to się wydarzy dopiero jutro.

Jesteśmy tuż przy Mackay.

Tymczasem, dojechaliśmy już na miejsce. Rajskie Airlie Beach! Od razu skierowaliśmy się do mariny, aby ustalić skąd nazajutrz będziemy wypływać. Nasza łódź niestety akurat nie stała w porcie, więc nie mogliśmy sprawdzić jak wygląda. Za to mogliśmy popatrzeć na inne cuda, jakie tam stały. To nie było miejsce dla takiej cebuli, jak my. Stały tam jachty prawdopodobnie tak drogie, że aż się człowiekowi przykro robiło. Raz, że jest się aż tak biednym i dwa, za cenę takiego jachtu prawdopodobnie można by było załatać dziurę budżetową na najbliższe 5 lat mojego rodzinnego miasta (pozdrawiam).

Postanowiliśmy pocieszyć się więc jakimś jedzonkiem, bo i pora lunchu się zbliżała. Po kilkunastu minutach kręcenia się po miasteczku, wjechaliśmy na piękny punkt widokowy z grillem i wiatą, gdzie podziwiając cudowny krajobraz zjedliśmy pyszne hamburgery, przyrządzone, a jakże, przez Marcina!

Następnie ruszyliśmy się zameldować do hostelu Nomads Airlie Beach Hostel. To chyba najbardziej imprezowy hostel w mieście. Miejsce spotkań backpakersów, imprezowiczów, obieżyświatów i przejezdnych turystów. Lata świetności ten obiekt to już ma dawno za sobą, ale chyba jest dość kultowy. Na bardzo dużym terenie jest mnóstwo domków, pól namiotowych i miejsc na campervany. Jest kuchnia, pralnie, ogólnodostępne łazienki, basen i bar, gdzie jak się okazało imprezy trwają codziennie do białego rana. My wynajęliśmy 6-osobowy pokój, w jednym z budynków, gdzie tych pokoi było w sumie 8. Skromne warunki, piętrowe łózka i łazienka. Na tę noc nic więcej nam nie było trzeba. Wprawdzie pani w recepcji powiedziała, że na terenie obiektu nie wolno pić własnego alkoholu (co to za pomysł?!), ale szybko przekonaliśmy się, że tego zakazu nikt nie przestrzega. W pokoju numer 66 był już lokator, który dopiero wstał (była 17.00), jak weszliśmy się rozpakować. Na jednym z łóżek w brałogu z pościeli i rzeczy osobistych leżał chłopak, który chyba miał ciężką noc za sobą. Obok łóżka stała pusta butelka po wódce, ale przynajmniej kubki były dwa 😊. Biedny, wyglądał strasznie. Musiało być grubo. Wymamrotał tylko jakieś przywitanie i przeprosił za bałagan. I tyle go w sumie widzieliśmy. Ot, takie hostelowe klimaty.

Szybko się ogarnęliśmy i ruszyliśmy na zwiedzanie tego kolorowego miasteczka. Zapadł zmrok i rozpadał się ciepły deszczyk, przez co kolorowo oświetlone knajpki i uliczki fantastycznie odbijały się na mokrym asfalcie. Wiecie co, ja powiem jedno. W takich miejscach widać no co idą podatki! Wzdłuż plaży ciągnie się promenada pośród palm oddzielająca spacerowiczów od ulicy, przy której mieszczą się gwarnie oblegane restauracje z kuchnią całego świata.


W licznych pubach są koncerty na żywo i luźna atmosfera. Ludzie śpiewają, tańczą i bawią się. Do wyboru, do koloru. Drzewa przyozdobione są lampkami, przez co wszystko wydaje się romantyczne i takie trochę rajskie.


Ale jak zobaczyłam ogólnodostępny, miejski basen w stylu laguna, w środku miasta to mi po prostu szczęka opadła do samej ziemi. Ja rozumiem, że tu baseny są niezbędne, bo w sezonie okoliczne zatoki pełne są parzących meduz i kąpiel w oceanie może być bardzo bolesna (podobno dorośli mężczyźni płaczą jak dzieci przy poparzeniu), ale tutaj to już przesadzili. No zobaczcie sami:

Fajne miejsce. Mogłabym tu mieszkać.

Po spacerze weszliśmy jeszcze na piwko do hostelowej knajpy i mimo dużej ochoty na tańce do białego rana, wypiliśmy po jednym i udaliśmy się spać, by nabrać sił na jutrzejszą wielką, morską przygodę – rejs do serca Wielkiej Rafy Koralowej.





103 wyświetlenia