• Dzikim Okiem

Dzień siódmy - Rejs Do Serca Rafy Koralowej.

Obudziliśmy się wszyscy podekscytowani i lekko zdenerwowani. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Dla niektórych była to pierwsza przygoda na łodzi. Właściwie dla nas wszystkich było to pierwsze doświadczenie na takiej łodzi i na Morzu Koralowym. Na miejscu spotkania mieliśmy być o 9.00. Każdy wziął prysznic, przepakowaliśmy plecaki, niepotrzebne rzeczy spakowaliśmy do samochodu, a ja poleciałam do recepcji nas wymeldować i poprosić, żebyśmy mogli zostawić samochód na hostelowym parkingu. Szybko się okazało, że na samodzielne przygotowanie śniadania może nie starczyć czasu. Więc najszybsze rozwiązanie – MacDonald! Czyli jak mawiają Australijczycy mieliśmy klasyczne „brekkie in maccas”! Nie pytajcie, nadal uważam że w Australii nie mówi się po angielsku. To jest jakiś zupełnie inny język. Kiedyś o tym napiszę. Po tym „śniadaniu” czym prędzej podreptaliśmy do mariny, do której nie mieliśmy daleko – około 15 min piechotą – ale za to pod wielki pagórek!

Zasięg mi się skończył w tym miejscu, a później padł telefon. Tyle z mapki poglądowej. XD

Słońce stało już wysoko i nieźle grzało, więc bryza od morza jaka w nas uderzyła schodząc w końcu z tego pagórka, była jak zbawienie. Pot już lał się strumieniami. Zaczęło się organizacyjne zamieszanie, bo nie byliśmy jedyną ekipą, która tego dnia wypływała na rejs. Na miejscu spotkań było chyba z 50 osób, które czekały na rejs łodziami różnych firm. Nami zajęła się przesympatyczna pani z wielkim labradorem i zaczęła nas zapisywać na rejs. Uśmiech na jej twarzy i fajna gadana (w pięciu językach!) nieco nas rozluźniła i pozwoliła też zorientować się z jakich krajów będą goście na pokładzie, a byli np. z Brazylii, Finlandii, Francji i Kanady. Podpisaliśmy więc wszelkie papierki, zgody i wywiady medyczne – wszystko to co potrzebne jest, aby bezpiecznie korzystać z czekających na nas atrakcji. A na końcu dla każdego został dobrany stingsuit, czyli pianka do nurkowania, tylko dużo cieńsza od normalnego wetsuitu. Pianka ta nie tyle miała chronić od zimna, co od parzących czułek meduz. W końcu mogliśmy ruszyć na pokład.

Idąc pomostem zapytałam tylko „A czy ktoś wziął kamerę?!”

....


Powiedzieć, że byłam wściekła jak osa, to mało. Tak się wczoraj ładowała, tak wszyscy pilnowali i pamiętali, czerwony filtr do nagrywania pod wodą przygotowany i dupa! Nie było najmniejszych szans, żeby się cofnąć do samochodu. Przecież łódź z 20 osobami na pokładzie nie będzie czekała. Trudno, stało się. Dlatego wpisy z tych dwóch dni będą okraszone zdjęciami z telefonów, które robiliśmy dopóki nie padły. A jeśli chodzi o zdjęcia rafy, będę się wspomagać zdjęciami z Googla, ale postaram się wynaleźć te najbardziej podobne do tego, co naprawdę widzieliśmy.

Chyba nikt nie miał czasu za bardzo żałować braku kamery, bo nie było na to miejsca. Już wsiadaliśmy na pokład naszej łodzi. Naszego pływającego domu na następne dwa dni! Oto ona:


Matador. Za opisem ze strony: Matador Whitsundays zbudowany został przez Erica Goetza z wykorzystaniem najnowszej technologii „epoki kosmicznej”, czyli z włókna węglowego. Dało to lekką, ale niezwykle silną strukturę. Jacht wcześniej należał do przedsiębiorcy Antona Starlinga, który Matadorem startował w 52 wyścigach i 8 regatach oraz dwóch światowych wyścigach jachtów typu maxi. W sumie 31 wygranych.

Ta łódź o wartości 20 milionów dolarów i długości 85 stóp była kiedyś uważana za największy jacht oceaniczny i z pewnością najszybszy jacht w Whitsundays swojego kalibru. Obecnie skustomizowana jest do potrzeb komercyjnego pływania, ale nadal zachowała swoją zadziorność. No i jest ogromna! Na dużym pokładzie śmiało mieściło się 20 osób, wprawdzie przez pierwsze parędziesiąt minut ludzie pokornie gnieździli się po jednej stronie pokładu (tam gdzie kapitan kazał), ale jak tylko wszyscy poczuli się swobodnie i rozeszli po kątach, każdy miał dla siebie naprawdę sporo miejsca. Pod pokładem znajdowały się koje, łazienki i kambuz, czyli kuchnia. Na rufie swoje koje miał kapitan i dwóch pomagierów. Idąc do dziobu, wzdłuż burt umieszczone były piętrowe koje, pod schodami natomiast na obudowie silnika zrobiono stół, na którym trzy razy dziennie serwowane były dla nas posiłki. Po lewej stronie była całkiem spora kuchnia, a po prawej szło się do koi na dziobie, gdzie mieściło się chyba z 10 osób oraz dwie kabiny z typowym wyposażeniem sanitarnym, jak to na łodzi. Kibelek, umywalka i kran z prysznicem. Od razu zajęliśmy koje w tym miejscu, bo a) to najlepsza miejscówka, b) blisko do kibelka, c) mieliśmy podwójne koje, d) mieliśmy forluk (okienko w dachu), którym szybko można było wyskoczyć na pokład, jeśli nie chciało się iść przez całą łódź do schodków. 😊

Jak już wszyscy zajęli swoje miejsca, kapitan zaprosił nas na górę, aby przedstawić siebie i załogę, i omówić zasady bezpieczeństwa. Wypływając już z portu wszystko nam opowiedział co i jak – gdzie są kamizelki i jak ich używać, znaki alarmowe, zasady bezpieczeństwa, jak korzystać z kibelka, że mamy cztery tysiące litrów słodkiej wody, ale mimo to prosi nas ładnie o oszczędzanie, wyjaśnił też gdzie płyniemy, co będziemy robić, i że nie ma co się wstydzić jak kogoś dopadnie choroba morska - przez to przechodzi każdy, tylko jedni potrzebują trzech godzin, a inni trzech tygodni. Kapitan przedstawił też siebie i swoją załogę. Nazywał się Mark Smith i - jak sam mówił - pływał już na wszystkim. Przez ostatnie 21 lat łowił tuńczyki na kutrach oraz przeprowadzał jachty po wodach Tasmanii, na Oceanie Południowym, północy i południu Oceanu Indyjskiego, południu Atlantyku i Pacyfiku, na Morzu Salomona, Koralowym i Morzu Andaman. W 2005 roku poproszono go o przeprowadzenie jachtu z Hong Kongu do Sydney, gdzie w tej wyprawie wszystko poszło nie tak i jacht zatonął w ciągu 50 sekund kilkadziesiąt mil morskich od wybrzeża. Mark i jego kompan przez 10 dni dryfowali w tratwie ratunkowej bez wody i jedzenia na granicy śmierci i obłędu. Jak widać przeżył, a swoją historię opisał w książce, którą nie omieszkałam zakupić. Mogę pożyczyć, jak ktoś chętny 😊


Oprócz kapitana na pokładzie był Alex, widać że nie jedno morze (nie tylko to słone) przepłynął, ale skakał po tej łodzi i maszcie zwinnie jak małpka. I cook, którego imienia za cholerę nie pamiętam. Wiem tylko, że był z Seattle z US i był odpowiedzialny za nasze pełne brzuszki. A właśnie, wypłynęliśmy na katarynie (na silniku) już całkiem spory kawałek w głąb oceanu, kiedy na pokład wjechał lunch. To był bardzo prosty posiłek, ale bardzo smaczny. Dużo warzyw, dwie sałatki, trochę wędliny i sera. Rzuciłam się na to jedzenie, jakbym w życiu kanapek nie jadła, ale w sumie od rana nic nie jedliśmy. Już w połowie swojej porcji stwierdziłam, że niby nic, taka przekąska, ale najeść się można pod korek, a posiłek w sam raz na żeglowanie, bo nie za ciężki.



Po jedzeniu i chwili odpoczynku trzeba jednak było działać. Wypłynęliśmy już na tyle daleko, że śmiało można było rozwinąć żagle. Kapitan zapytał czy na pokładzie są chętni do pomocy i oczywiście dwóm największym, słonym wilkom morskim nie trzeba było dwa razy powtarzać. Gienek i Marcin już stali na baczność. Ja wiem, że w głębi duszy oni to by najchętniej związali kapitana i całą załogę, zamknęli ich pod pokładem i przejęli łajbę i stery, jak to na krewkich piratów przystało, ale jakoś z trudem się powstrzymywali i póki co, czekali gotowi do wykonywania kapitańskich poleceń.

Teraz kilka zdań dla wtajemniczonych, czyli trochę żeglarskiego bełkotu, znaczy się żargonu. ;) Kapitan ustawił cztery osoby przy dwóch młynkach żeglarskich (te takie dziwne kołowrotki, zwane też młynkami do kawy), które odpowiedzialne są za prace wszystkich kabestanów na pokładzie. Kolejne trzy osoby stały przy maszcie i napierając masą swoich ciał ściągali fał grota w dół, aby żagiel (grot) wciągnąć na górę. Dodatkowa osoba siedziała u ich nóg i kręciła jeszcze jednym kabestanem, do tego cook odbierał linę za wszystkimi kabestanami, a drugi pomocnik pilnował, aby grot prawidłowo się rozwijał na maszcie. Więc w sumie 9 osób rozwijało ten ogromy żagiel. Na koniec ta sama operacja została powtórzona przy rozwijaniu foka. Oczywiście, fok nie miał możliwości rolowania tylko klasycznie był stawiany fałem foka. Udało się.


W końcu wiatr wypełnił żagle i zaczęliśmy sunąć po falach. Kataryna przestała buczeć i w uszach szumiał tylko wiatr. Łódź cięła fale jak żyleta pod mocnym przechyłem, pchana siłą wiatru niemal unosiła się nad wodą. Od czasu do czasu uderzaliśmy w

większą falę i woda opryskiwała nas, chłodząc nasze ciała w tym pełnym słońcu. Serio, nigdy nie sądziłam, że można w siebie wsmarować tyle warstw kremu z filtrem 50+, a i tak już po dwóch godzinach skóra piekła. Na łódce nie masz się gdzie schować przed słońcem, grzeje od góry i od dołu, bo promienie odbijają się od wody i tylko pęd wiatru cię chłodzi, co bywa zgubne, bo nie czujesz jak słońce cię opala. Wszyscy po tym rejsie wyglądaliśmy jak raki.

Płynęło się fantastycznie. Kołysanie relaksowało i usypiało. Ja zasypiałam momentalnie, jak tylko na chwilę kładłam głowę – dźwięki pracującej łodzi, odbijających się fal, wiatru, bujanie i ciepło sprawiało, że momentalnie odpływałam.

W takich chwilach nie myślisz o niczym. Pracują tylko twoje zmysły. Wzrok chłonie błękit wody i piękne widoki na horyzoncie, słyszysz w uszach wiatr i łopotanie żagla, czujesz bujanie i zapach oceanu, a na ustach masz smak słonej wody. I tyle, tylko to cię w tej chwili obchodzi. Piękno żeglowania.


W tym absolutnie zachwycającym stanie dopływaliśmy do celu dzisiejszego rejsu. Jedno z najbardziej kultowych, a na pewno najbardziej obfotografowanych, miejsc w Australii. Whitsundays to grupa 74 podobnych do klejnotów wysp, które znajdują się w samym sercu Wielkiej Rafy Koralowej. A my właśnie kotwiczyliśmy przy największej Whitsunday Island, by zobaczyć jedną z 5 najpiękniejszych plaż świata (według naszej załogi - ja takiego rankingu nie znalazłam, jednak prawie we wszystkich jakie czytałam – ta plaża znajduje się przynajmniej w pierwszej dziesiątce) – Whitehaven Beach. To nieskazitelna, wielokrotnie nagradzana plaża, rozciągająca się na ponad siedem kilometrów i słynąca ze wspaniałego, białego i drobniutkiego piasku krzemionkowego, który należy do najczystszych na świecie. Istnieje teoria, że właśnie piasek stąd został wykorzystany do wyprodukowania soczewek w teleskopie Hubble’a, ale NASA oficjalnie tego nie potwierdza. Ale i nie zaprzecza.


Na północnym krańcu Whitehaven Beach znajduje się Hill Inlet, oszałamiający wlot, w którym fala przesuwa piasek i wodę, tworząc piękne połączenie kolorów. Wiele osób twierdzi, że Hill Inlet i Whitehaven Beach to najpiękniejsze miejsca, jakie kiedykolwiek widziały. Punkt widokowy w Tongue Point to najlepsze miejsce, z którego można zobaczyć wirujące piaski Hill Inlet.

Po zakotwiczeniu łajby, zajęliśmy szybko miejsce w niewielkim dinghy (pontonik taki mały) i czym prędzej popędziliśmy eksplorować to miejsce. Alex wysadził nas na brzegu i zawrócił po kolejna turę, a nam po krótkim spacerze buszem ukazał się najpiękniejszy widok, jaki do tej pory widziałam. Tak, raj istnieje na Ziemi, mili Państwo. Właśnie tu.

Plaża jest ogromna i oszałamiająca. Zanurzenie stóp w tym drobniutkim pisaku, jest jak chodzenie po chmurkach. Woda ma najpiękniejszy, lazurowy, pocztówkowy wręcz kolor. Wzgórza lasów deszczowych na około kipią zielenią. Kontrast tych kolorów i gra barw zapiera dech. Nie ma słów. Matka natura stworzyła tu mini raj.

Wydawało mi się, że na wyspę razem z nami przypłynęło z pięć łódek pełnych gości, ale już po pięciu minutach byliśmy absolutnie sami na wielkiej połaci białej plaży! Kiedy odzyskałam już zdolność skupienia się pobiegłam w kierunku wody. Akurat trwał przypływ i niby powoli, ale jednak woda cały czas się do nas przybliżała. A woda była krystaliczna. Czyściutka i przejrzysta!


Brodząc w wodzie po pas kątem oka zauważyłam jakiś ruch. Założyłam szybko maskę i zanurzyłam głowę. Wkoło mnie na dnie leżało sobie i odpoczywało z 5 dużych i małych płaszczek. Taka rodzinka cała. Z góry są prawie niewidoczne, bo mają kolor piasku na dnie i ma się wrażenie, że można na nie nadepnąć, ale to niemożliwe bo są bardzo czujne i szybko uciekają. Mając na uwadze jednak jak skończył najbardziej znany australijski przyrodnik Steve Irvin (skończył z kolcem płaszczki w sercu), bardzo ostrożnie poruszałam się wokół nich, szczególnie uważając na zaskakująco duży ogon. Na szczęście Alex potem mi powiedział, że te tutaj są absolutnie niegroźne. Okazało się, że pływałam miedzy takimi ziomkami – słodziaki nie:

To zdjęcie zrobiłam kilka dni później w oceanarium dla porównania. Nie, to nie są oczy i buzia płaszczki. To skrzela. Oczy mają na górze i jak słowo daję, obserwowały mnie tymi oczami z takim zaciekawieniem jak pływałam wokół nich, że jak ktoś mi powie, że zwierzęta nie są istotami inteligentnymi i samoświadomymi to mu parsknę śmiechem w twarz i zakończę dyskusję.

I znajomość.


Tymczasem na powierzchni niebo się mocno zachmurzyło. Zapowiadało się na deszcz. W sumie cieszę się, że nie mieliśmy tam pełnego słońca, bo nie wiem czy udało by nam się nawet dotknąć jednym palcem u stopy tego nagrzanego piasku. Kończył się nam też czas pobytu tutaj. Chłopaki wspięli się jeszcze na punkt widokowy, żeby porobić zdjęcia i trzeba było wracać z raju na Ziemię, czyli na Matadora.


Z uśmiechem patrzyłam na wszystkich, którzy wrócili na łódkę. Wszyscy byli tacy wyciszeni, zamyśleni, w cichych rozmowach kontemplowali widziany właśnie cud.


Ale ta magiczna chwila nie trwała za długo. 😊 Kotwica poszła w górę i popłynęliśmy na nocleg, czyli w miejsce bardziej skryte od wiatru i gdzie mniej bujało. W tym czasie wszyscy się ogarnęli, a cook zaprosił na kolacje w postaci spaghetti bolognese. Do tego na niebie matka natura rozmalowała nam piękny spektakl w postaci tak cudownego zachodu słońca, że pomyślałam, że chyba jednak cały dzień jestem na planie jakiegoś filmu, a to wszystko to scenografia i to nie dzieje się na prawdę. Godzina cudownego tańca słońca, chmur i kolorów, aż w końcu zapadł zmrok.


A co się działo po zmroku na łajbie, zostaje na łajbie. 😊 Było trochę rozmów, integracji i bimbru. Jednak słońce, wiatr i emocje dały o sobie szybko znać, więc zeszłam pod pokład by wskoczyć na koję. Padłam jak martwa. W nocy tylko przebudziłam się zamknąć forluk, kiedy pierwsze krople deszczu zaczęły uderzać o dek.



A żeby nie było, że sobie to wszystko wymyśliłam prezentuję zlepek naszych filmików, z góry przepraszając za jakość, to moje pierwsze kroki w montażu. Dajcie znać czy się podoba!



Uff, ok dziękuję, że dotrwaliście do końca, bo teraz UWAGA UWAGA - ZAGADKA:


Dlaczego chłopcy przy młynku do kawy kręcili raz w jedną stronę, a raz w drugą? Nie wierzycie - sprawdźcie jeszcze raz na filmiku, co pokazuje kapitan i jak kręcą wtedy chłopaki?


Pierwsza prawidłowa odpowiedź, ale też 5 najbardziej oryginalnych odpowiedzi podanych w komentarzu pod tym wpisem zostanie nagrodzona drobnym upominkiem!!!

Be creative!


137 wyświetlenia11 komentarz