• Dzikim Okiem

Dzień dziesiąty - Święta Góra, bush, pożary, awantura. I koza na UTE.

Tego dnia przejechaliśmy jakieś 310 km. I jak mam być szczera w trakcie drogi nie działo się nic ciekawego. Jeśli uznacie, że prerie nie są ciekawe. Bo na pierwszy rzut oka nie są. Tam nie ma nic. Zaznaczam, że nie byliśmy nawet bardzo daleko od wybrzeża – może około 200 km w linii prostej i jeśli już tutaj outback wygląda, jak miejsce opuszczone przez Boga, to wyobraźcie sobie jak musi wyglądać Australia w centralnej części. Ale mimo wszystko uważam, że ta przestrzeń i surowość ma w sobie coś niesamowitego.


Jednym z moich kolejnych marzeń jest wyprawa do świętego miejsca Aborygenów, czyli Góry Uluru (Oolora lub z angielskiego Ayers Rock, nazwana tak przez europejskich osadników na cześć premiera Australii Południowej, Henry'ego Ayersa. ). Jednak Uluru po raz pierwszy zostało opisane przez podróżnika Ernesta Gilesa w 1872 jako „zadziwiający kamyk” (ang. the remarkable pebble). Ten kamyk ma 600 milionów lat, liczy sobie ponad 300 m wysokości oraz 8 km obwodu. Przez wiele lat Uluru było uznawane za największy monolit świata. Nie jest to jednak prawdą, gdyż monolit Mount Augustus jest ponad dwukrotnie większy. Ponadto wedle nowszych badań Uluru wcale nie jest monolitem, lecz częścią większej formacji skalnej, do której należą również Kata Tjuta (Mount Olga) i Mount Conner. Jest przykładem twardzielca. Nasza Śnieżka jest też przykładem twardzielca.

Jest to święte miejsce dla miejscowych Aborygenów, w jaskiniach u podnóża skały znajduje się wiele malowideł ściennych. W 1985 rząd Australii oddał prawo własności Uluru miejscowemu plemieniu Anangu, które oddało ją rządowi w 99-letnią dzierżawę. W miejscu tym utworzono mający 1325 km² park narodowy Uluru-Kata Tjuta. Park jest corocznie odwiedzany przez setki tysięcy turystów. Pomimo wyraźnej prośby rdzennych mieszkańców i tablicy proszącej o poszanowanie kultury i tradycji Aborygenów turyści wciąż wchodzili na szczyt góry. Dla plemienia Anangu wejście na skałę związane jest ze świętą ceremonią inicjacji. W 1964 zainstalowano poręcz z łańcuchem. Samo podejście jest bardzo strome i wiele osób rezygnuje z wejścia już w drodze. Prawie każdego roku na Uluru ginie kilka osób w trakcie wchodzenia na nią, najczęściej na skutek poślizgnięcia lub na atak serca. Od lat 50. XX wieku odnotowano 36 zgonów związanych z wchodzeniem na Uluru. W okresie trwania australijskiego lata, w godzinach od 10 do 16, ze względu na wysokie temperatury, wchodzenie na skałę jest zabronione.

Największą atrakcją dla turystów jest obserwowanie skały Uluru o zachodzie słońca lub o wschodzie słońca kiedy z minuty na minutę zmienia ona swój kolor w zależności od oświetlenia. Turyści gromadzą się na miejscach widokowych, gdzie przez parę godzin piknikują. Do dobrego tonu należy otwarcie butelki szampana w momencie gdy słońce zachodzi i przestaje oświetlać skałę. Do bardzo niedobrego tonu należy robienie zdjęć. Aborygeni wierzą, że nie należy uwieczniać tego świętego miejsca na żadnym nośniku i proszą o to turystów, ale wiecie jacy są ludzie. Dla Aborygenów widoczne w skale formy i zagłębienia opowiadają świętą historię. Wierzą, że zdjęcia tych fragmentów umieszczone w Internecie lub pokazane w innych częściach świata, sprawiłyby, że ich opowieść można by poznać poza Uluru, jej właściwym miejscem. Osoby nieuprawnione interpretowałyby ich historię zaklętą w kamieniu i wypaczały jej znaczenie. Zgodnie z aborygeńskim zwyczajem historie te mogą być opowiedziane tylko w miejscu, w którym się „wydarzyły”. Co więcej, niektóre opowieści przeznaczone są tylko dla kobiet lub mężczyzn i opowiedziane mogą być tylko przez tą samą płeć. Historie z „Czasu Snu” (Aborygeni wierzą, że w mitologicznym czasie snu, bóstwa i przodkowie totemiczni ukształtowali świat) pomagały nauczać właściwych dla roli społecznej umiejętności, a inicjacja obu płci polegała na przekazaniu wiedzy przydatnej do przetrwania. W zachowaniu przekazu znaczenie ma nie tylko miejsce, ale i sposób opowiadania. Biali Rangers’i, którzy zostali przez Anangu upoważnieni do przekazania turystom kilku historii o Uluru, muszą opowiedzieć je w sposób w jaki robili to Aborygeni. Ciekawostką jest również to, że znajduję się tam pewna księga i kupa kamyków na ziemi. Jest to zbiór listów wysłanych przez ludzi do siedziby Parku Narodowego, którzy przepraszają, że zabrali/ukradli podczas swojej wizyty kamyczki/kamyki z okolic Uluru. Czyli kamyki należące do Aborygenów. Z dużą dozą prawdopodobieństwa będące kiedyś jednolitą częścią Uluru. Nic dziwnego by w tym nie było, zrozumieli swój błąd i je zwracają, ale… zdecydowana większość z nich pisze, że od momentu gdy „swoje skarby” przywieźli do domu, zaczęła ich prześladować fala nieszczęść, chorób i innych mniejszych lub większych tragedii. Tych listów są tam setki, pisane po angielsku, niemiecku, francusku, chińsku, hiszpańsku, a nawet po polsku!

Rdzenni mieszkańcy woleliby też, aby turyści nie wchodzili na górę. I tak 26 października 2019 wszedł w życie zakaz wspinaczki na górę. Ostatni turyści zdobyli szczyt 25 października, jeden dzień przed zamknięciem na stałe góry Uluru dla zwiedzających. Zakaz został ustanowiony w 34. rocznicę powrotu monolitu do pierwotnych właścicieli.

Bardzo bym chciała tam pojechać. Właśnie nie skorzystać z pobliskiego lotniska i kompleksu hotelowego, tylko wyruszyć w kolejną wielką wyprawę, tym razem prawdziwą pustynią, do centralnej Australii. Póki co, do świętej góry Aborygenów dzieli nas jedyne 3 000 km w jedną stronę. Ale do takiej wyprawy trzeba się też dobrze przygotować i przede wszystkim mieć już profesjonalny samochód 4x4, zapas paliwa, wody, pożywienia i generalnie trzeba być przygotowanym na wszystko co może Cię spotkać na pustyni i w buszu. Jeśli wszystko się ułoży po naszej myśli i obecne zawirowania miną, może w następny sezon ruszymy w kolejną wielką australijską wyprawę.


Tymczasem my mijaliśmy ogromne połacie suchej ziemi, równej jak stół. Rzadko kiedy mijaliśmy samochód osobowy, rzadko nawet mijaliśmy ciężarówki. Pustki. Czasem widzieliśmy pasące się bydło, czasem przebiegło stado kangurów. Ale za to strusie widzieliśmy przez chwilę! Po raz pierwszy w życiu widziałam dzikiego strusia, tzn. właściwie emu. Ale nie było się jak zatrzymać, więc nie udało się zrobić zdjęć.


Każde kolejne miasteczko było dla nas atrakcją. Cieszyliśmy, że jednak jest tu jakaś cywilizacja. Zasięg traciliśmy na długie godziny, radio też traciło często sygnał. Ratowały nas przekatowane do bólu playlisty na telefonach. Trzeba było planować tankowanie samochodu, bo nie wiadomo kiedy mogliśmy trafić na następną stację benzynową.

Ale taka podróż też ma swoje zalety. Naprawdę zatrzymywaliśmy się w miejscach, jak z dzikiego zachodu.

Lubię zatrzymywać się w tych małych miasteczkach, gdzie dosłownie krzyżują się dwie ulice, a stacja paliw stanowi zazwyczaj centrum życia towarzyskiego. Wszyscy, których spotykaliśmy byli bardzo mili i ciekawi co my tu robimy. Dla nich turyści są dużą atrakcją. A jeszcze z Polski?! Gdzie to jest?! Dla 90% Ozzikow Poland to to samo, co Holland, ale co tam, no już trudno, niech będzie :). Fajne klimaty, stare samochody, robotnicy na lunchu i znaki informujące o zagrażających opadach deszczu, a nie o pożarach.

Kiedy indziej zatrzymaliśmy się na opuszczonej stacji/kawiarni. Trudno powiedzieć co tam było, ale miejsce jest do sprzedania, gdyby ktoś był zainteresowany! I tak. Jest po środku niczego. Tam jest tylko droga. Nic więcej.

Raz zatrzymaliśmy się na rest stopie, gdzie panowała istna plaga much. W Australii, szczególnie w lecie muchy są prawdziwym utrapieniem. Są niesamowicie upierdliwe, włażą wszędzie - do oczu, uszu, ust, nosa i nie da się ich odgonić machnięciem ręki.

Trzeba uciekać!!! Oczywiście przygotowałam się na taką sytuację i przed wyjazdem, każdy z nas dostał profesjonalny kapelusz z siatką przeciw muchom i nawet zakupiłam preparat specjalnie produkowany na bazie odstraszaczy stosowanych w stajniach, na koniach. Ale po 10 dniach przerzucania rzeczy po busie nie miałam pojęcia, gdzie te rzeczy są. A bardzo by się przydały, zobaczcie:

Jak zwykle zmierzch zastał nas nagle i nieprzygotowanych :). Pusta droga ciągnąca się kilometrami, jakieś krzaki na poboczach, wielkie pastwiska i ogromne stada kangurów, które miały gdzieś to, że właśnie kicają środkiem ulicy. Na prawdę, nagle przed samochód mogło wyskoczyć stado liczące sobie z 50 osobników. A my byliśmy gdzieś pośrodku niczego. Musieliśmy szybko szukać noclegu. Jak zwykle! W pewnym momencie dojechaliśmy do skrzyżowania dwóch dróg, gdzie stała stacja benzynowa, motel i najbardziej klimatyczny bar dla truckersów, jaki w życiu widziałam. Ale mieliśmy go zobaczyć dopiero następnego dnia, bo skupiliśmy się na noclegu. Marcin uparł się, że będziemy spać na dzikusa. Wjechał samochodem, gdzieś w krzaczory za baraki motelowe i oznajmił, że tu nas nikt nie będzie widział i że jest super. Ja byłam absolutnie odmiennego zdania. Ja widziałam, że siedzimy w środku wysuszonego na wiór buszu, a oczami wyobraźni widziałam, jak płoniemy jak żywe pochodnie.

W sytuacji, kiedy w kraju panują katastrofalne pożary i susza to był ten moment, w którym musiałam postawić na swoim w trosce o bezpieczeństwo nas wszystkich. Na wiele szalonych rzeczy mogę się zgodzić i spać w na prawdę najdziwniejszych miejscach, ale tym razem instynkt mi podpowiadał: NIE! NOPE! NEIN! NO! NIET! Lampka paliła mi się na czerwono, właściwe wściekle migała. Ale Marcin uparł się na nocleg w krzakach. Sytuacja zrobiła się nerwowa. I patowa. Żadne z nas nie chciało ustąpić. No cóż, no tacy jesteśmy. Czasem się ze sobą nie zgadzamy. Zapytaliśmy grupę, co chcą robić stawiając ich w dość niekomfortowej sytuacji (sorry jeszcze raz za to, ekipa). I atmosfera gęstniała. Ale uparłam się jak osioł. Nie zgodziłam się i nadal uważam, że to była słuszna decyzja. Tylko, że zepsułam wszystkim humory. Stanęło na tym, że weźmiemy dwa ostatnie pokoje w motelu i jakoś się nimi podzielimy.

A potem to już w ogóle wybuchła awantura, której szczegółów Wam daruję. Ale na wyjazdach tak bywa. Nie ma dobrego wyjazdu bez porządnej draki! 😁 W końcu spędzamy ze sobą czas prawie 24h/dobę, zamknięci przez większość czasu w puszce na kółkach, często brudni i głodni i najzwyczajniej w świecie zmęczeni. Dlatego każdemu może czasami pęknąć żyłka. I jest to absolutnie zrozumiałe. Życie.

Więc "impreza" tego wieczoru długo nie trwała. Szybko zjedliśmy kolację i poszliśmy spać.

Natomiast nazajutrz humory poprawiło wszystkim pyszne śniadanie w tej niesamowitej knajpie, o której wspominałam.

Jajka sadzone, boczek, tosty, kiełbaski, fasolka, pieczarki, pomidorki i hashbrowny, (małe placuszki ziemniaczane), szklanka świeżego soku i kubek kawy. Każdy wciągnął swoją porcję nosem. Klimat tej miejscówki był niesamowity. Siedliśmy za barem, jak to na filmach można zobaczyć. W kontuarze wmontowane były tabliczki upamiętniające stałych bywalców, którzy na tych samych stołkach spędzali większość wieczorów swojego życia! W drewnianej ladzie były nawet wgłębienia w miejscu, gdzie opierali łokcie. Głównymi klientami byli oczywiście kierowcy ciężarówek. Zajeżdżali swoimi wielkim road trainami chyba tutaj od lat, bo wszyscy się znali. Mieli wielkie brzuchy, długie brody, brudne ogrodniczki, ciężkie buty i typowe czapeczki z daszkiem na głowach. No czad! W pewnym momencie między Huberta a Marcina siadł jeden taki właśnie jakiś John czy inny Bob, który zajechał swoim UTE z kozą na pace. :D


Ozzik: jakiś John czy inny Bob: Skąd jesteście?

Marcin: Z Polski.

O: Ale co wy tu w ogóle robicie? Tutaj nic nie ma.

M: Nooo...zwiedzamy!

O: Chcieliście zobaczyć, jak wygląda ta prawdziwa Australia, tak?!

M: Na to wygląda!

😁


Stary Ozzik, kiwnął z uznaniem głową, dopił swoją kawę i ruszył ze swoją kozą załatwiać swoje sprawy, życząc nam powodzenia. A my ruszyliśmy w dalszą drogę.


Niesamowity klimat.

Tylko cały czas zastanawiam się skąd w tym barze wzięły się wypchane głowy dzików?!



91 wyświetlenia4 komentarz